Istota problemu sieroctwa społecznego w Polsce
Mechanizm powielania patologii społecznej
Warunki kwalifikacji rodzin adopcyjnych i zastępczych
Otwórzmy nasze domy - zamknijmy domy dziecka!
"Adopcja jako droga do świętości"

Istota problemu sieroctwa społecznego w Polsce

W Polsce według danych Rzecznika Praw Dziecka jest 85 tysięcy osieroconych dzieci w tym sierot naturalnych jest jedynie niewielki procent. Większość stanowią sieroty społeczne - dzieci opuszczone przez rodziców, głównie z rozbitych małżeństw i samotnych matek. W rodzinach zastępczych i rodzinnych domach dziecka przebywa około 58 tysięcy osieroconych dzieci a pozostałe 27 tysięcy pozostaje pod opieka domów dziecka (18700) i ośrodków wychowawczych (8300). U większości z tych dzieci brak jest zrzeczenia lub pozbawienia praw rodzicielskich przez rodziców, którzy nie mogą lub - często niestety - nie chcą zajmować się własnymi dziećmi. Są to dzieci pozbawione tego co im się słusznie należy: miłości i rodziców we wspólnym domu.

"Sieroty oraz dzieci pozbawione rodziców czy opiekunów winny być otoczone przez społeczeństwo szczególną troską. W sprawach dotyczących adopcji lub przyjęcia na wychowanie przez inną rodzinę, państwo powinno wprowadzić odpowiednie ustawy prawne, które ułatwią rodzinom zdolnym do tego przyjęcie dzieci potrzebujących opieki - na stałe lub czasowo - a jednocześnie uwzględniające naturalne prawa rodziców" (z Karty Praw Rodziny - Watykan 1983).

I nie chodzi tu o krótkotrwały poryw serca, ale powzięty po namyśle i w wolności akt woli małżonków, którzy decydują się, że przyjmą osierocone dziecko, zwiążą jego los z losem własnym i dadzą mu to, czego nie otrzymało od naturalnych rodziców. Wydaje się, że takim, choć częściowym rozwiązaniem problemu sieroctwa społecznego powinniśmy być zainteresowani jako jednostki pragnące miłować drugiego człowieka i jako społeczeństwo promujące zdrową rodzinę, pełniącą określone funkcje ekonomiczne, wychowawcze i opiekuńcze.

Jak jednak trudno dotrzeć choćby z informacją gdzie i jak przebiega kwalifikacja małżeństw pragnących adoptować dziecko. Mamy 1/5 - a niektórzy mówią 1/4 - małżeństw bezpłodnych i one są głównie tymi, które mogłyby i chcą przysposobić dziecko. Są też i tacy, którzy posiadając naturalne potomstwo chcą jeszcze otworzyć swój dom dla dziecka osieroconego. Ci, często spostrzegani są jako dziwacy, podejrzani; tamtym oferuje się coraz to nowsze metody diagnozy bezpłodności, które często nie prowadzą do leczenia, metody uwłaczające godności człowieka - proponuje się sztuczną inseminację, in vitro, a już niedługo (?) klonowanie. Jednocześnie rzesza kobiet dokonuje aborcji zgadzając się na śmierć poczętego w nich dziecka i okalecza siebie fizycznie, psychicznie i duchowo. Myślę, że jednoznaczny przymiotnik stojący przed nazwą naszego ośrodka adopcyjnego: "katolicki" upoważnia mnie do jasnego postawienia sprawy. Proponujemy adopcję zamiast aborcji, poczęcie naturalne zamiast in vitro, rodzinę zamiast placówki.

Osierocone dzieci pozbawione opieki rodziny, kiedy osiągają pełnoletność nie potrafią założyć prawidłowo funkcjonującej rodziny, ani nie mają na ogół warunków do samodzielnego ustabilizowanego życia: brak mieszkania, brak warunków do zdobywania wyższego wykształcenia i brak pracy. Zasilają wiec środowisko ludzi bezdomnych, bezrobotnych i środowiska przestępcze. Proces patologii społecznej narasta. Jedynym ratunkiem dla kraju może być poruszenie sumienia rodzin katolickich, aby poczuły się w części odpowiedzialne za to zjawisko.

Walka ze zjawiskiem sieroctwa społecznego jest elementem dobrze pojętej walki w obronie życia i konsekwencją postawy "tak" dla każdego poczętego życia. Narodzenie nieoczekiwanego w rodzinie dziecka wymaga wszechstronnej pomocy matce i rodzinie przed jego urodzeniem i wszechstronnej pomocy rodzinie i dziecku po jego narodzeniu aż do uzyskania samodzielności. Polityka społeczna państwa powinna stworzyć warunki, aby nikt z powodów trudności materialnych nie był zmuszony do opuszczenia własnego dziecka.

Program kompleksowej ochrony życia powinien stać się programem aktywnej działalności wszystkich Ruchów Katolickich, wszystkich parafii i wszystkich diecezji w Polsce a za ich pośrednictwem powinien objąć całe katolickie społeczeństwo. Rodziny katolickie, które mogą poświęcić uwagę i pomoc tym najmniejszym naszym braciom powinny zgłosić się do najbliższego Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego i zaoferować swoją pomoc materialną na rzecz osieroconych dzieci albo zgłosić chęć adoptowania potrzebującego dziecka, lub też rozważyć możliwość zostania rodziną zastępczą i skierować się do wyznaczonego przez powiat organizatora pieczy zastępczej.

Najistotniejsze zadanie w walce ze zjawiskiem sieroctwa społecznego spoczywa na Państwie, które powinno stworzyć warunki do wychowywania dziecka w rodzinie naturalnej oraz na zdrowych polskich rodzinach, które przyjmą i wychowają wszystkie osierocone dzieci.

Warunki kwalifikacji rodzin adopcyjnych

Ośrodek adopcyjny jest placówką reprezentującą interesy dziecka. Ze względu na jego dobro jest ono powierzane tej lub innej rodzinie. Małżonkowie, którzy starają się o to by być rodziną adopcyjną, muszą być poznani przez pracowników Ośrodka, przygotowani do podjęcia nowej roli społecznej oraz pozytywnie zaopiniowani przez Komisję Kwalifikacyjną Ośrodka.

Wymogi formalne dotyczące rodzin adopcyjnych kwalifikowanych w Katolickim Ośrodku Adopcyjnym w Warszawie:

1. dojrzałość decyzji o przysposobieniu dziecka u obojga małżonków;
2. niekaralność;
3. małżeństwo sakramentalne trwające nie mniej niż 5 lat;
4. warunki materialne i mieszkaniowe umożliwiające wychowywanie dziecka;
5. różnica wieku miedzy starszym z małżonków a adoptowanym dzieckiem nie większa niż 40 lat;
6. dobre zdrowie fizyczne i psychiczne kandydatów;
7. uczestnictwo obojga małżonków w toku kwalifikacyjnym.

W indywidualnych przypadkach rozpatrujemy kandydatury samotnych kobiet.
Otwórzmy nasze domy - zamknijmy domy dziecka

Martwimy się, że tak wiele dzieci przebywa w domach dziecka, bo wiemy, że wychowanie w instytucji a nie w rodzinie ogranicza rozwój osobowości rosnącego człowieka, zmniejsza szansę powodzenia w dalszym życiu, często prowadzi do patologii. Jak temu zaradzić?

Hasło

"Otwórzmy nasze domy - zamknijmy domy dziecka!"

staje się coraz popularniejsze, ale co my możemy w tym kierunku zrobić? Aby stawały się zbędnymi domy dziecka, muszą się otworzyć nasze domy na przyjęcie tych dzieci. One w większości są już w wieku szkolnym, mają wiele rodzeństwa, przeszły przez trudne doświadczenia mimo swych kilku czy kilkunastu lat. Rodziny, z których pochodzą są często patologiczne i choć nie pozbawione możliwości kontaktu z dzieckiem to - w praktyce - rzadko interesujące się ich losem. Czasem w rodzinie naturalnej dziecka była choroba alkoholowa, czasem psychiczna, czasem upośledzenie umysłowe. Mimo to, dzieci przebywające w placówce czy chore czy zdrowe, czy bardzo inteligentne czy mniej inteligentne, czy ładne czy brzydkie, czy jedynacy czy rodzeństwa, czy dziewczynki czy chłopcy pragną, aby otworzyły się dla nich drzwi polskich rodzin.

Nie pomogą pieniądze z budżetu - choć tych nie lekceważymy - rozwiązania systemowe - choć bez nich trudno ruszyć - ale póki Ty nie otworzysz swego serca i domu, póty te dzieci muszą pozostać w "bidulu".

Jeśli chcesz podzielić się swoim życiem z dzieckiem z domu dziecka zgłoś się do Ośrodka adopcyjnego, który pomoże Ci w powzięciu dojrzałej decyzji, wesprze w przygotowaniu się do roli rodziców adopcyjnych, pomoże w załatwieniu formalności z tym związanych, umożliwi kontakt z potrzebującym dzieckiem, będzie wspierał w pracy wychowawczej.

W celu przybliżenia społeczeństwu problemów związanych z sieroctwem i zastępczym rodzicielstwem Katolicki Ośrodek Adopcyjny utrzymuje kontakty ze środkami społecznego przekazu, opracowuje się programy informacyjne i wygłasza prelekcje w parafiach, seminariach duchownych, na spotkaniach grup duchowieństwa w Kurii Diecezjalnej, w poradniach dla narzeczonych, w gimnazjach i liceach.

Adopcja jako droga do świętości


Mgr Zofia Dłutek
Psycholog
Wystąpienie wygłoszone w ramach sympozjum
"Świętymi bądźcie w rodzinach waszych"
(Kazimierz Biskupi 27-28. 02.02r.)

Dwa uczucia są jakoś obecne we mnie: jedno to wdzięczność Panu Bogu, że zaprosił mnie - przez osobę księdza doktora Andrzeja Prybę - do podzielenia się refleksjami nt. drogi do świętości w rodzinie przez adopcję, a drugie to niepewność, słabość i drżenie, i bojaźń, bo zgromadziło się tutaj takie zacne, mądre grono słuchaczy i ja, która nie chciałabym zmarnować danej mi szansy, aby szerzej powiedzieć o rodzinach adopcyjnych, bo przecież jest to temat ważny.

Bezpłodność i bezdzietność to rzeczywistość 20 - 25% polskich małżeństw, to 1/4 - 1/5 tych, którzy przychodzą na nauki przedmałżeńskie, to co czwarta, co piąta para młodych ludzi, którzy podając sobie prawe dłonie ślubują miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz dozgonne bycie ze sobą. To im Kościół przez usta kapłana zadaje, między innymi pytanie: "Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?" A jeśli " nie obdarzy"? Młodzi wstępujący w związek małżeński - jeśli nie są już wtedy rodzicami oczekującymi dziecka, które "się przydarzyło" zbyt wcześnie - raczej myślą o odroczeniu aktu poczęcia dziecka do czasu "ustawienia się" w życiu. Dlatego ma miejsce takie zainteresowanie antykoncepcją czy nawet metodami naturalnymi - w tym przypadku dość przewrotnie traktowanymi - aby "nie ubrać się" od razu w pieluchy, zupki, spacerki i nieprzespane noce.

Aż po pewnym czasie - często po kilku latach małżeństwa - "chcą", chcą począć dziecko -przyjąć dar rodzicielstwa i... I nic. Wtedy podejmują wiele prób, coraz ściślej kontrolowanych żeby "trafić" na dni najbardziej płodne. I znów nic. A potem wiele łez, czasem nieporozumienia w małżeństwie, coraz boleśniejszy problem bezdzietności, peregrynacje od lekarza do lekarza, niejednokrotnie od energoterapeuty do psychoterapeuty, ale znów pojawiające się krwawienie miesięczne odbiera wszelką nadzieję. Prośby, modlitwy nie wysłuchane... "Przecież miał nas Pan Bóg obdarzyć potomstwem, a myśmy mieli je przyjąć!" Niejednokrotnie nie przygotowani do takiej konfrontacji z Wolą Bożą, próbują przejednać Boga, podejść Go podstępem (in vitro, inseminacja) tłumacząc w przewrotnie - logiczny sposób: "Przecież Pan Bóg chce dobra. Dziecko jest dobrem, więc Pan Bóg chce poczęcia, urodzenia i wychowania dziecka, bo chce dobra. Wobec tego, jak możemy nie skorzystać z wiedzy medycznej, aby to dobro stało się konkretną osobą - naszym upragnionym dzieckiem?" W podobny sposób rozumował Abraham, który począł dziecko - Izmaela - z niewolnicą Hagar... (por. Rdz 16,4), bo nie mógł się doczekać na obiecanego przez Boga potomstwa licznego jak gwiazdy na niebie (por. Rdz 15,5). Jakże trudno w takim małżeństwie bezpłodnym wytrwać, gdy lekarz powie bez ogródek: "Z innym miałaby Pani dziecko, z inną mógłby Pan mieć dziecko". Kto wtedy przypomina małżonkom o uświęceniu przez Ducha Świętego ich związku i podarowanej im łasce wytrwania przyzywanej w modlitwie "Veni Creator Spiritus":

"... przyjdź Ojcze ubogich,
(...) ulecz serca ranę,
(...) daj zasługę męstwa,
daj wieniec zwycięstwa,
daj szczęście bez miary."

Świat raczej mówi o nich: "O, tym to dobrze, bogacą się, wyjeżdżają, nie mają obowiązków..". Każde takie słowo może być ciężkie jak kamień i sprawiać ból jak uderzenie kamienia. Albo usłyszą od "życzliwych" i "oświeconych" radę, że tyle jest klinik robiących inseminację, że istnieje bank nasienia i specjaliści od metody in vitro.

Spotykam tych poranionych ludzi już od siedmiu lat w Katolickim Ośrodku Adopcyjno-Opiekuńczym w Warszawie. Przychodzą do nas Ci, którzy już jakoś zaczynają pojmować, że mogą zaadoptować dziecko, przyjąć do swojej rodziny - jako własne - cudze dziecko. Nie jako "dziecko drugiego gatunku", ale jako Dobro, którym zechce ich Bóg obdarzyć. Zobaczyć w tym miłującą Wolę Ojca, zgodzić się na nią z wdzięcznością i trwać w niej do końca swoich dni! Dlatego gotowi są pokornie poddać się wymaganym procedurom, dopuścić osoby trzecie do bolesnej tajemnicy małżeństwa, przezwyciężyć niepokój związany z wielką niewiadomą, jaką niesie mały człowiek - nowy członek rodziny. To prawdziwa droga do świętości. Bo przecież świętość to życie zgodne z Wolą Boga, który z miłości:

"...wybrał nas przed założeniem świata,
abyśmy byli święci i nieskalani przed Jego obliczem.
Z miłości przeznaczył nas dla siebie jako przybranych
synów przez Jezusa Chrystusa,
według postanowienia swej woli,
Ku chwale majestatu swej łaski,
którą obdarzył nas w Umiłowanym."(Ef 1,4b-6)

Uznać Jego święta Wolę w życiu małżeńskim, w samym rdzeniu życia małżeńskiego. Przebaczyć Mu, że pokrzyżował nasze plany, że taki krzyż wpisał w nasze życie małżeńskie, któremu błogosławił (a przecież nie ma u Niego czasu przeszłego, tylko jest nieustanne trwanie): bądźcie szczęśliwi jako rodzice, radujcie się dziećmi, którym przekażecie życie, bądźcie dla nich dobrymi rodzicami, doczekajcie się wnuków (por. Rytuał sakramentu małżeństwa).

Oczywiście jest grupa małżeństw, która, mimo bezdzietności, odnajduje spełnienie celów życia małżeńskiego i nie jest to wychowywanie przysposobionych dzieci. (Myślę, że omówienie tego zagadnienia odnajdziemy w wypowiedzi ks. bp. Stanisława Stefanka). Jednakże Wstęp do obrzędów Sakramentu Małżeństwa mówi wprost: "Instytucja małżeństwa i miłość małżeńska z samej swej natury nastawione są na zrodzenie i wychowanie potomstwa i znajdują w tym jakby swoje uwieńczenie. Dzieci są najcenniejszym darem małżeństwa i przysparzają najwięcej dobra samym rodzicom. Dlatego też małżonkowie chrześcijańscy, nie lekceważąc pozostałych celów małżeństwa, powinni być gotowi do mężnego współdziałania z miłością Stwórcy i Zbawiciela, który przez nich ciągle powiększa i wzbogaca swoją rodzinę."

Jak wielkiego męstwa trzeba, aby w pokoju serca wyrzec się tego, który ma kość z naszej kości, krew z naszej krwi, nie pozostawić potomka, w którym przedłużymy nasz ród. I to nie dlatego, że Bóg zawołał nas po imieniu, abyśmy byli bezżenni i żyli w czystości, ale po zawarciu małżeństwa odkrył dalszą część drogi, nie taką jaką zwykle idą ludzie. A cóż mówić o męstwie tych, którym obumierają poczęte dzieci albo, rodzą się z wadami genetycznymi? Cóż mówić o tych, którym umierają wychowywane... Ileż wiary i męstwa potrzeba, aby wtedy powtarzać z miłością Ojcu "bądź wola Twoja"...

Ale adopcja jako droga do świętości to nie tylko droga małżonków, którzy się decydują na nią, a potem na niej trwają. To również droga do świętości adoptowanego dziecka. Chcę i o nim mówić, bo przecież dziecko w którymś momencie życia uświadomi sobie fakt adopcji nie tylko od strony pozytywnej, że "ktoś mnie chciał", ale i od strony negatywnej - "ktoś - matka i ojciec - mnie nie chciał, a może nienawidził, a może nawet wyrzucił na śmietnik jak niepotrzebną i kłopotliwą rzecz". Czy wtedy jedynym ratunkiem przed rozpaczą nie jest Bóg Ojciec? On znał mnie "...gdy nabierałem kształtów utkany w głębi ziemi" (por.Ps139,13-15). Ale jak uwierzyć, że z miłości chciał mojego życia, jeśli nawet matka i ojciec (najczęściej nieznany "dawca plemnika", agresor) nie zaakceptowali i nie przyjęli mego życia? Zaiste wielkiej trzeba wiary i ufności w Bożą Miłość i Mądrość, aby przyjąć taki początek swojego życia i tak specyficzną "troskę Pana". Ale tylko wiara i ufność jest w stanie podtrzymać człowieka doświadczonego tak mocno już u początku jego życia! To jest wiara, która góry przenosi i czyni człowieka wolnym i kochającym "mimo" i "przez" krzyż.

I trzecia droga do świętości - droga tych, którzy oddali swe dziecko lub których pozbawiono władzy rodzicielskiej na skutek skrajnego zaniedbania dziecka. To Ci, których tak powszechnie i łatwo etykietujemy: wyrodna matka i wyrodny ojciec. Przyznam, że to jest pokusa, która i w moim sercu zbierała swój plon, zwłaszcza, gdy pracowałam w Domu Małego Dziecka Niewidomego. Jak można było zostawić swoje dziecko i to na domiar złego niewidome, a często jeszcze obarczone dodatkowym kalectwem?! Co dzień byłam z Julką, Rysiem, Pawełkiem, Dominiczkiem, Beatką, Michałem, Elą i innymi, i starałam się dać im całe swoje serce, ale gdybym ich matkę spotkała na ulicy....no, nie odpowiadam za siebie.
Natomiast, kiedy zaczęłam osobiście spotykać tych ludzi: matki i ojców, którzy oddają swoje dzieci do adopcji, Pan Bóg zmienił moje serce, moje poglądy. Chcę i o tym Wam powiedzieć, bo te osoby rzadko się ujawniają. Łatwiej spotkać otwartych na kontakty rodziców adopcyjnych czy adoptowane dzieci, niż rodziców, którzy oddali dziecko. Zacznę od matek, których dzieci poczęły się na skutek gwałtu. Pamiętam Panią Anię, Beatę...Jeśli cierpliwość słuchaczy i czas na to pozwala to opowiem:

Do Ośrodka weszła piękna kobieta w bardzo zaawansowanej już ciąży. Aż nie mogłam uwierzyć, że Ona chce oddać dziecko. Była małżonką i matką dwojga małych dzieci. To trzecie, które za kilka dni miało się urodzić, było poczęte przez szwagra. Jej siostra miała upośledzone dziecko i pani Ania opiekowała się nim czasem, żeby ulżyć siostrze. Szwagier przyszedł po upośledzoną córkę i zgwałcił szwagierkę. W domu były tylko dzieci, a mąż pani Ani zarabiał pieniądze na utrzymanie rodziny na Zachodzie. Nie powiedziała o tym nikomu, bo nie chciała rozbijać małżeństwa siostry, a poza tym, kto by uwierzył kobiecie? Gdy okazało się, że na skutek gwałtu poczęło się dziecko, pozostała zupełnie sama w tej sytuacji.

Znajoma siostra zakonna radziła wyjechać, urodzić i oddać dziecko. Zabrała, więc Piotrusia i Dominikę, wyjechała z rodzinnej miejscowości i zamieszkała w innej. Nie powiedziała o tych faktach mężowi... Ale oczywiście nie mogła do końca ukryć tego przed nim, bo jeśli się rodzi dziecko w małżeństwie, to obydwoje muszą podjąć kroki prawne, aby się zrzec. Mąż nie chciał o niczym słyszeć, nie chciał wyjaśnień, nie chciał dziecka. Zagroził, że jeśli żona zatrzyma dziecko przy sobie, zostawi ją z trojgiem małych dzieci. Zrzekli się obydwoje. Ona ze łzami w oczach pytając, czy będzie zaraz rodzina dla nowonarodzonego synka, którego nie umiała obdarzyć takim samym uczuciem jak wcześniej urodzone dzieci, on z Piotrusiem na kolanach i przekonany o zdradzie żony. Ksiądz, do którego poszła zrozpaczona matka, nie udzielił jej rozgrzeszenia.

O miłości takich matek Ojciec Święty mówi w Liście do kobiet, że jest heroiczna! Czyż świat i kodeks by ich nie usprawiedliwił, mówiąc, że dziecko poczęte na skutek gwałtu, należy usunąć, bo przecież kobiety stały się ofiarami jawnej agresji! A One chciały w tej sytuacji - jakże skomplikowanej życie ocalić. I ocaliły. Choć musiały uporać się z niezwykle trudną sytuacją; dom, środowisko, od którego postanowiły odejść w imię dobra najbliższej rodziny i poczętego dziecka. Zgodziły się na samotność i niezrozumienie otoczenia, zgodziły się na trud i ból rodzenia, proces oddawania dziecka, tęsknotę i pamięć o nim. Dzieci żyją, rozwijają się, rodziny adopcyjne otaczają je miłością, chwalą Ojca Niebieskiego i idą wspólnie do Niego.

Oczywiście takich matek oddających dzieci poczęte w gwałcie jest niewiele, ale czyż nie miłością - jakoś może specyficznie ujętą - kierują się inne matki, które argumentują: "Proszę Pani, jak bym mogła usunąć, przecież to dziecko. To nie jest rozwiązanie." Szczególnie bolesne jest, gdy mówią tak matki już wychowujące w małżeństwie kilkoro dzieci - a wychowywanie następnego z bardzo rozmaitych powodów przerasta ich możliwości. Ja wiem: "Pan Bóg dał dzieci, to i da na dzieci", ale nie osądzajmy zbyt pochopnie. Zapytajmy siebie, co zrobiliśmy, żeby w takiej sytuacji pomóc, zapobiec jej. Bezrobocie, tragiczna sytuacja mieszkaniowa, nałogi, propaganda życia rozwiązłego, wychowankowie domów dziecka "usamodzielniani" pod most, albo do hotelu robotniczego, gdzie są trzy dziewczyny i pięćdziesięciu robotników. I sytuacja się powtarza w następnym pokoleniu... Jak u Joaśki:

Była wychowanką domu dziecka, miała skończone piętnaście lat. Od momentu, gdy pijany wujek uderzył ją o framugę drzwi, jej rozwój intelektualny był niewystarczający, by mogła realizować program dla dzieci w normie. Powinna chodzić do szkoły specjalnej, ale z niej uciekała. Była z każdym, kto dał jej namiastkę ciepła. Zaszła w ciążę. Chciała urodzić i mieć to dziecko. Kiedy Anusia urodziła się, rozwiązanie było proste: Joaśka do domu dziecka dla starszych, a Ania - dla młodszych. Na szczęście znalazła się kobieta, która chciała przyjąć obie dziewczyny. Joaśka bardzo zyskała u pani Hani, ale dziecko denerwowało ją, złościło, wymagało jej obecności w domu, a ją ciągnęło do towarzystwa, do kierowców ciężarówek i wesołych imprez. Malutka Ania nie chciała przebywać z mamą, bo Joaśka szczypała ją, potrząsała, biła. Pani Hania wiedziała o tym, ale uważała, że matka przez bezpośredni kontakt z dzieckiem rozwinie swój instynkt macierzyński. Kiedyś Joaśka wraz z Anusią odwiedziła swego ojca. Pobyt zakończył się odwiezieniem dziecka do szpitala z powodu zatoru w nerce, gdyż Joaśka nie dawała jej pić "żeby nie śmierdziała, jak się zsika". Rozmawiałam z nią, uprzedzając, że Ania wobec takiego braku opieki może trafić do domu dziecka. Usłyszałam: "ja byłam w domu dziecka, moja matka była w domu dziecka, mój ojciec był w domu dziecka, moi bracia byli w domu dziecka. Nam źle nie było. To i jak moja córka będzie w domu dziecka, to jej źle nie będzie". Anusia trafiła do rodziny adopcyjnej, ale po jakich przeżyciach! Najpierw doświadczyła agresji matki, potem była skrajnie zaniedbana pielęgnacyjnie i zdrowotnie - nie wspomnę o zaniedbaniach wychowawczych, a przez męża Joaśki była wykorzystywana seksualnie (jak się okazało, jeszcze przed zawarciem sakramentu małżeństwa był karany za czyny lubieżne na nieletnich - widocznie kara nie przyniosła poprawy...). Czy winę przypisać całkowicie Joaśce? Jeden Pan Bóg wie, gdzie była jej miłość, jej grzech i jej pragnienie miłości? Wierzę, że jej nie opuści.

Czasem logika kobiety jest taka: mam sama dziecko, szukam dla niego ojca, a dla siebie męża. Jest mężczyzna, jest łóżko, jest dziecko i znów szukam ojca, teraz już dla dwojga dzieci itd. W którymś momencie oddaję dziecko do adopcji, bo już nie daję sobie rady. I jeszcze na marginesie: są nastolatki, dziewczynki - kobiety piętnasto - szesnastoletnie. Gdzie byli rodzice, gdy zaczynały one życie seksualne, gdzie są teraz, gdy oszukane i pozostawione samym sobie przez partnera są odepchnięte również przez własnych rodziców? A przecież tak naprawdę tylko oni mogliby je wesprzeć w wychowywaniu ich dzieci, a swoich wnuków.

Czasem to dziecko oddane do adopcji powoduje wstrząs, jest "błogosławioną winą", której przyczyn i skutku nie da się odwrócić, ale pokuta i żal odczuwany przez całe życie czasem chroni człowieka od dalszego błądzenia po manowcach i może stać się dla innych przestrogą. W etyce mówi się o czynach moralnie dobrych i słusznych. Czy w świetle powyższych faktów mogę zaryzykować twierdzenie, że oddanie dziecka do adopcji jest niekiedy czynem moralnie słusznym, przy założeniu, że donoszenie i urodzenie dziecka - ślubnego czy nieślubnego - jest czynem moralnie dobrym? Nie zwalnia nas to od wymagania i propagowania czystości i, w pewnych okresach, wstrzemięźliwości małżeńskiej, a na pytanie czupurnej nastolatki - "W takim razie najlepiej stosować prezerwatywę?"- Mam bez zająknięcia odpowiedzieć - nie, żyć w czystości.

Praca w Ośrodku, to co dzieje się na wszystkich płaszczyznach tej pracy w wymiarze duchowym i fizycznym, nazwijmy to organizacyjnym i technicznym, dosłownie pragniemy odnieść do słów Jezusa: "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25,40b). A słowa przysięgi, kiedy młodzi wyrażają gotowość przyjęcia potomstwa, którym Bóg obdarzy mogą też znaczyć: obdarzy jednym z tych braci najmniejszych, porzuconym przez rodziców biologicznych, a wychowanie Dziecka - Daru to wypełnienie powołania równie ważne, wielkie i święte.

Tym, którzy pośredniczą w przekazywaniu tego daru, Jezus też zada pytanie - Cóżeście uczynili tym moim Najmniejszym? I codziennie zmagamy się ze Złym, aby nie ulec "zgorszeniu krzyża" i nie zadawać pytania, "dlaczego?", tylko "po co?" Odpowiedzieć: "Oto ja, poślij mnie" (Iz 6, 8b) wraz z Archaniołami, bo bez nich nie damy rady. Zakończę moje wystąpienie modlitwą, którą odmawiam codziennie i zachęcam do tego moich współpracowników. Jest ona skierowana do Maryi, a wypowiedziana 25 marca 1995 roku przez Jana Pawła w Bazylice św. Piotra w Rzymie:

O Maryjo,
jutrzenko nowego świata,
Matko żyjących,
Tobie zawierzamy sprawę życia:
spójrz, o Matko, na niezliczone rzesze
dzieci, którym nie pozwala się przyjść na świat,
ubogich, którzy zmagają się z trudnościami życia,
mężczyzn i kobiet - ofiary nieludzkiej przemocy,
starców i chorych zabitych przez obojętność
albo fałszywą litość.
Spraw, aby wszyscy wierzący w Twojego Syna
potrafili otwarcie i z miłością głosić
ludziom naszej epoki
Ewangelię życia.
Wyjednaj im łaskę przyjęcia jej
jako nowego daru,
radość wysławiania jej z wdzięcznością
w całym życiu
oraz odwagę czynnego i wytrwałego
świadczenia o niej,
aby mogli budować,
wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli,
cywilizację prawdy i miłości
na cześć i chwałę Boga Stwórcy,
który miłuje życie. Amen